18 stycznia 2013

Kreta ( Crete ) - Ierapetra



Ostatnim punktem naszej wycieczki po wschodniej stronie Krety była Ierapetra. Jest to najbardziej wysunięte miasto na południe, a w linii prostej z Ierapetry jest jakieś 300 km do Afryki. Nie jest to żaden raj dla zwiedzających, nie ma tam za wiele, ale jest to ładny port i promenada.













I na tym zakończyliśmy nasze wakacje na Krecie. Było miło, było ciepło, było co zwiedzać. Dowiedzieliśmy się sporo ciekawych rzeczy, podziwialiśmy wykopaliska i nie tylko, smakowaliśmy greckich potraw.

Jednak przestrzegam - Kreta to brudne miejsce, Kreteńczycy to leniwe dziady, a po 15 to większość miejsc jest pozamykana. Co do brudu to spójrzcie, takie plaże są co kawałek, drogi też zasyfione, a my się wkurzamy, że u nas brudno :)








Na Kretę jeszcze wrócę, chcę zwiedzić jej zachodnią część, ale ze wszystkich zwiedzanych przez mnie wysp, chyba najbardziej tęsknię za Gran Canarią :)

Tutaj więcej o wycieczkach na Krecie:

15 stycznia 2013

Kreta ( Crete ) - Heraklion ( Iraklion )


Z Knossos do Heraklionu ( Iraklionu, Chandaku, Kandii czy Megalo Kastro i nie wiem ile jeszcze tych nazw ono posiada ) to dosłownie rzut beretem, jakieś 6 km, więc z wykopalisk pojechaliśmy pozwiedzać to największe miasto Krety. 

Powiem tak: no dupy nie urwało, myślałam, że więcej jest tam do zwiedzania, przecież przewodnicy tak zachwalali. 

Muzeum Archeologiczne, które liczy XX sal, od wieki wieków jest remontowane i czynna jest tylko jedna sala, gdzie tłumy obijają się jak muchy zamknięte w słoiku. Odpuściliśmy. 

Idziemy zwiedzić słynną fontannę Morosini, podobno jest piękna, wielka, ma 4 lwy i jest to jeden z najważniejszych i najładniejszych zabytków Krety. Wyobrażałam sobie coś podobnego do Fontanny Di Trevi i jakież to zdziwienie przeżyłam kiedy dotarliśmy do Morosini. Wokół pełno meneli, żebraków, brudnych, cygańskich dzieci, fontanna pełna śmieci i nie działa. No nic, zdjęcie ( udało się bez mistrzów drugiego planu )  i idziemy dalej.


Kolejny punkt zwiedzania Wenecka Loggi, dzisiaj Miejska Sala Konferencyjna, niestety chwilowo niedostępna przez jakiś protest, strajk itp. No cóż, zdarza się nawet najlepszym :)



No to obijając się o tłum protestujących dotarliśmy, a raczej zaniesiono nas do cerkwi św. Tytusa. Tu usłyszeliśmy trochę ciekawostek o prawosławiu, Tytusie, historię cerkwi i poszliśmy zwiedzić środek.


W środku jak zawsze na bogato, przepych złota itp, na zewnątrz, jak to bywa w całym świecie pod kościołami, bieda, bieda, bieda, żebracy. 

Jednego tylko nie potrafiłam zrozumieć, większość z naszej wycieczki to zagorzali katolicy ( ochrzczeni, przyjmujący komunię, spowiadający się, chodzący na mszę, biorący śluby w kościołach ) , to dlaczego wchodzili do cerkwi i modlili się w jakiś intencjach? Przecież to inny kościół, inna religia, inne wyznanie. To tak jakby katolik modlił się do Buddy, Allaha, Satana czy Kryszny. Przecież przykazanie mówi wyraźnie: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną, więc dlaczego inteligentny Polaczek - katol modli się do obrazów prawosławnych, zapala świeczkę w swojej intencji w kościele innego wyznania??? Nie zrozumiem nigdy ludzi!!!

Potem dostaliśmy wolne od przewodnika, my wstąpiliśmy do marketu kosmetycznego obok cerkwi na małe zakupy ( wiadomo renomowane kremy, kolorówka, perfumy w niższych cenach niż u nas, więc trzeba zrobić zapas do następnych wakacji :)). 

Następnie udaliśmy się do portu. Ooooo tak, to jest to czego chciałam. Przepiękne mury obronne, port  i cudowna średniowieczna wenecka forteca Rocca al Mare ( z greckiego Koules ). Idąc murem wysokim na przeszło 2 m, fale są tak wielkie, że raz po raz robią przechodniom prysznic. Forteca przepiękna, widoki zjawiskowe, ogromne, przerażające fale, tyle wdzięku i zabawy z falami. 

Uwaga tylko na usta i buty, bo zasolenie powietrza jest wielkie :) i po chwili oblizując się można tego nie zdzierżyć, buty też robią się całe białe. Ale frajda jaką daje ucieczka przed ogromną falą jest ogromna!!!









Aż nie chciało się stamtąd uciekać, no ale czas gonił, jeszcze tylko obskoczyliśmy miejscowe targowisko, żeby pokupować prezenty dla rodziny oraz miejscowe sklepy, żeby zaopatrzyć się w pachnące przyprawy, kreteńską oliwę, kilka naturalnych kosmetyków z oliwek i robione tylko na Krecie wino z miodu. 



No i wróciliśmy do Sissi. Tam okazało się, że w miejscowych marketach ceny są znacznie niższe niż w Heraklionie i przepłaciliśmy za wszystko łącznie o jakieś 100 euro :). Niestety za głupotę i lenistwo ( trzeba było ceny sprawdzić przed wyjazdem ) trzeba płacić :). Kolejna wycieczka to już wyprawa do Ierapetry, ale to w następnym poście.

O poprzednich wycieczkach po Krecie możecie przeczytać we wcześniejszych postach:







18 grudnia 2012

Kreta ( Crete ) - Knossos


Będąc na Krecie nie omieszkałam zwiedzić najsłynniejszych wykopalisk w Knossos
Według wikipedii:

Knossos (łac. Cnossus, Gnossus ) – miejscowość na greckiej wyspie Krecie, położona około 6 km na południowy wschód od Heraklionu (Iraklion), u stóp gór Ida. Zasłynęła ona z odkrytych w 1899 r. przez Arthura Evansa rozległych ruin pałacu pochodzącego z okresu 2000–1400 p.n.e. (kultury minojskiej), zwanego pałacem Minosa lub labiryntem kreteńskim. Około 1450 p.n.e. Achajowie zajęli Kretę, pałac został ostatecznie zniszczony pod koniec XIV w. p.n.e.Budowla w Knossos związana jest z greckimi mitami o Minotaurze (labirynt),  Ariadnie, Dedalu i legendarnym królu Minosie, który panował w potężnej starożytnej Krecie.

Warto dodać, że zupełnie inaczej przedstawia rolę pałacu niemiecki naukowiec Hans Georg Wunderlich w swojej książce Tajemnica Krety. Wywodzi on tam na podstawie badań geologicznych, archeologii porównawczej oraz logiki, że kreteńskie pałace, a więc między innymi ten w Knossos, to w rzeczywistości wielkie kompleksy zorganizowanego kultu zmarłych. Jego koncepcja nie jest jednak zbyt popularna. Spotkała się z szerokim sprzeciwem w środowisku naukowym, jako dość wydumana, niemniej bardziej racjonalna część założeń teorii Wunderlicha nie pozostaje odrzucana przez niektórych badaczy.

A co tam tak naprawdę zastaliśmy? Tony betonu z naszej ery, widać, że mało tam historii, że wszystko jest "po naszemu" zrekonstruowane. No i co z tego ja się zapytuje? I po co większość narzeka, że nie warto tam jechać? 
A ja uważam, że właśnie warto. Szczególnie jak się ma opiekę polskiego przewodnika, który wszystko dokładnie opowiada. I co z tego, że to sam swojski beton, mi się bardzo podobało. Dzięki takiej rekonstrukcji zobaczyłam jak to "być może" kiedyś wyglądało. 
A co by mi dało to, że ktoś mi pokazał jakieś pobite kawałki ceramiki czy czegoś tam innego? Ja nie jestem archeolog czy historyk sztuki, jak nie zobaczę całości to nie zrozumiem. I ucieszyła mnie ta wycieczka i zaprawdę powiadam Wam jedźcie i oglądajcie, bo warto. Szczególnie jak się czytało mitologię.

Dla zwiedzających polecam dobry krem z filtrem, coś do picia i coś na głowę, bo te wykopaliska to czysta patelnia. Ni pieruna się przed słońcem nie uchowasz.








Jako, że zawsze miałam skłonności do munduru to przez chwilę zapomniałam o wykopaliskach i przewodniku i nagle na karcie aparatu pojawiło się kilkadziesiąt innych zdjęć :) A Panowie dziwnie na mnie patrzyli...



A co do tego, która z prawd jest mi bliższa ( czy był to pałac czy cmentarz ) obstawiam jednak cmentarz. No bo tak jak mówił przewodnik mógł to być nie tylko tron ale sadzano tam zwłoki i składano obok w miskach ofiarę, tym bardziej, że siedzisko miało idealnie wyrytą dziurę na ... no tam gdzie plecy zaczynają mieć brzydką nazwę i jak już ustawiono tam nieboszczyka, to nie ma bata we wsi, nie przewrócił się. A po drugie te pitosy ( misy ) miały być na oliwę lub zboże ale nie odnaleziono żadnych łyżek, nabierek czy innego takiego sprzętu żeby zawartość z nich wyciągnąć, tym bardziej, że miały wielkość człowieka. Podobno były to "trumny" gdzie składano zwłoki ( to bardziej do mnie przemówiło ).



Z Knossos już tylko rzut beretem i byliśmy w Heraklionie ( Iraklionie ) ale o tym w następnym poście.
O Krecie możecie przeczytać także we wcześniejszych postach np.


13 grudnia 2012

Kreta ( Crete ) - Vai i Agios Nikolaos


Naszą wycieczkę po Krecie zaczęliśmy od wschodniej strony. Bo bliżej, bo plaża Bounty, bo twierdze weneckie, bo wykopaliska. Oj, jakiż to błąd popełniliśmy! Trzeba było wybrać zachód. No ale będzie pretekst żeby jechać tam jeszcze raz.

 Na mapie zaznaczyliśmy trasę, wypożyczyliśmy rozklekotane Punto i jazda. Drogi gorsze niż u nas, ale widoki piękne, co rusz jakiś punkt widokowy, więc wysiadka, pstrykanie zdjęć i dalej jazda po serpentynach, pod górę ( jeśli myślicie, że zaoszczędzicie na paliwie na Krecie to się grubo mylicie, koszt litra paliwa to ok. 8 zł, a drogi rozpaczliwe, większość szutrowe, pod górę, więc spalanie to min 10l/100km ). No ale co tam, przeżyliśmy serpentyny na Majorce i Gran Canari to i tu damy radę. 

Plan podróży wyglądał następująco:Sissi -> Agios Georgios ( klasztor św. Jerzego ) -> Neapol i-> Agios Nikolaos -> Gournia -> Sitia -> Vai ( plaża Bounty punkt docelowy ) -> Sitia -> Ierapetra -> powrót do Agios Nikolaos i stamtąd na wioski, gdzie podobno czas zatrzymał się jakieś 100 lat temu ( Kritsa itp ) -> powrót do hotelu.



Plan zacny, przed nami sporo kilometrów, mapa jest, bak paliwa jest, pierwszy prowiant jest, aparat i kamera jest. Dzięki radom przewodnika postanowiliśmy klasztor i Agios Nikolaos zwiedzić pod wieczór, bo podobno wtedy jest najlepiej. I tu mój apel do turystów, nigdy nie słuchajcie przewodników!!! Okazało się, że wszystkie klasztory, wykopaliska itp były czynne tylko do godziny 15, a potem szukaj wiatru w polu, bo żywej duszy brak. 

Pierwszy dłuższy przystanek i zwiedzanie rozpoczęliśmy na Vai. Jest to plaża prawie na samym końcu świata, gdzie prowadzi tylko jedna droga, wokoło bieda, nędza, latające samopas kozy po ulicach i inne atrakcje.

Pamiętacie reklamę batonów Bounty - smak raju, plażę, palmy, turkus morza? Istny raj!!! Szkoda tylko, że w rzeczywistości miejsce, które pokazują w reklamie jest zupełnie inne. Brak fotomontażu, podretuszowanych kolorów, dużo piachu, turystów, kilka leżaków, kilkanaście palm i punkt widokowy. Plaża nazywa się Vai i znajduje się na wschodzie Krety. Jest to miejsce mocno przereklamowane i do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, ze zamiast na Spinalongę wybrałam "rajską" Bounty. Ot, zwyczajna plaża, palmy, leżaki, tawerna, parking, multum rozwrzeszczanych turystów, śmierdzące, brudne wc, punkt widokowy, na którym przepychają się turyści i odbywają się "domowe sesje" playboya. Jeśli będziecie mieli wybór albo Vai albo... wybierzcie to drugie. Rozczarowanie nasze sięgnęło zenitu, wzięliśmy "dupy w troki" i pojechaliśy dalej, w sumie to wróciliśmy bo Vai jest na końcu świata. Ale zdjęcia wyszły fajne:)









Po zwiedzeniu kilku przydrożnych klasztorów i miast dotarliśmy do Agios Nikolaos. No i tu miało się dziać ( jak to zapewniał nas przewodnik ). No faktycznie działo się, że hej!!! Na ulicach pustki, w tawernach cisza, w porcie brak żywej duszy, kilku turystów, sporo rozleniwionych kocurów i jeden modlący się na trawniku muzułmanin. Cisza, spokój, w sumie fajnie. Zwiedziliśmy, popstrykaliśmy zdjęcia, połaziliśmy uliczkami i won do hotelu. Z Agios Nikolaos pojechaliśmy zobaczyć też te wioski, w których czas się zatrzymał na zeszłym wieku. Wioski, jak to wioski, były, ale żywej duszy nie widać. Syf, kiła, mogiła, kilka kóz przywiązanych do drzew oliwkowych i tyle. A jutro jedziemy na wycieczkę fakultatywną do Heraklionu i Knossos. Agios Nikolaos za to prezentowało się tak:









O innych miejscowościach i hotelu na Krecie możecie przeczytać TUTAJ.